Gorzowskie morsy przepłynęły Wartę

« wróć

Wczoraj morsy wpław przepłynęły Wartę. Po co? Żeby zwrócić uwagę na tę niemal zapomnianą rzekę. I pokazać, że jak się chce, to można na niej organizować ciekawe wydarzenia.

 

Jeden z morsów przepływających Wartę w Gorzowie (fot. Jakub Pikulik, Gazeta Lubuska)

 

 

Temperatura powietrza cztery stopnie, wody trzy. W takiej scenerii na nabrzeżu przy Admirze rozbiera się dwóch mężczyzn. Najpierw jeden, a po kilku minutach drugi wchodzą do Warty. Wypływają na drugim brzegu, niedaleko willi po LOK. Po co to wszystko? – 18 marca mają do Gorzowa przyjechać morsy m.in. z Mielna, Szczecina i Choszczna. Tego dnia Wartę pokona wpław około 30 osób. To, co robimy dzisiaj, to taka próba generalna – tłumaczy Jerzy Złotowski, jeden z gorzowskich morsów. Sprawa nie jest prosta. Tym bardziej że przed morsami nikt tego w Gorzowie w ostatnich latach nie robił. Dlatego każdego śmiałka asekurował wczoraj i będzie asekurował 18 marca ratownik na łódce. Na pewno nie jest to do końca bezpieczne, ale za to przykuwa uwagę mieszkańców. Gorzowskie morsy mają już za sobą przepłynięcie w 2009 r. w ten sposób Wisły w Krakowie. Stąd nazwa imprezy: „Przepłynęliśmy Wisłę, przepłyniemy Wartę”. Wczoraj się udało. – Najważniejsze, to po wyjściu z wody zjeść lody, albo coś zimnego. Na pewno nie ciepłe, zapalenie gardła murowane – Andrzej Półtorak, który wczoraj pokonał Wartę.

 

Czy Warta ma szansę stać się atrakcją turystyczną? – Na razie mówi się o niej tylko wtedy, gdy jest skuta lodem i grozi powodzią. Atrakcja? Chyba jako rzeka skansen – mówi Arkadiusz, młody gorzowianin. Sprawa skomplikowała się po tym, jak wart ponad 6 mln zł projekt „Łączą nas rzeki” został odłożony na półkę. – Nie zyskał uznania. Poza tym pojawiły się problemy ze stroną niemiecką – tłumaczy Zygfryd Kamilewicz z gorzowskiego magistratu. Gorzów był liderem tego projektu. Uczestniczyły w nim Kostrzyn, Witnica, Santok i partnerzy z Niemiec. Szansa na pieniądze jeszcze jest, ale dopiero po 2013 r. Plany były ambitne. Marina w Gorzowie, mniejsze przystanie w Santoku, Witnicy i Kostrzynie. Do tego pola namiotowe, punkty sanitarne. Na razie trzeba o tym zapomnieć.

 

Gminom zostaje metoda małych kroczków. – Musimy pokazać, że własnymi siłami potrafimy organizować ciekawe imprezy przy rzece – mówi Grażyna Aloksa z Domu Kultury w Witnicy. To tutaj, w szczerej łące na brzegu Warty, organizowana jest Noc Perseidów. Powstaje pole namiotowe, ognisko, scena, są koncerty, swojskie jadło, piwo z miejscowego browaru. Na imprezę w zeszłym roku przyjechało tu ponad tysiąc osób. Część przypłynęła własnymi jachtami.

 

Niemców coraz częściej można spotkać w Kostrzynie. Mogą zacumować przy nabrzeżu lub przystani Delfin. W przystani jest prąd, można skorzystać z prysznica, toalet, jest miejsce na ognisko. Problem w tym, że Delfin powstał kilkadziesiąt lat temu i czasy świetności ma za sobą. – Taka nasza marna wizytówka, a mogłaby być prawdziwa perełka – mówią mieszkańcy. Nieco lepiej jest na Odrze, na którą być może jeszcze w tym roku wypłyną dwa statki wycieczkowe. Będą kursować od Głowowa do Kostrzyna. Termin zależy od tego, jak szybko uda się wyłonić firmę, która zbuduje dwa statki.

 

Spędzanie urlopu na rzece jest bardzo popularne w Niemczech. – To doskonały sposób na poznawanie nowych miejsc. U nas ta kultura dopiero kiełkuje – tłumaczy Jerzy Hopfer, z nadzoru wodnego, kapitan zabytkowego gorzowskiego lodołamacza Kuna.

 

Źródło: Strefa Biznesu – Gazeta Lubuska

Dodaj komentarz
Komentarz:
Użytkownik:
Email:
  Wyślij
 
Kategorie
Archiwum