Kategoria / Historia Poznania z Wartą

Już w najbliższy weekend, 27–28 kwietnia odbędzie się kolejna edycja wyczekiwanej nie tylko przez poznaniaków akcji „Poznań za pół ceny”. W tegorocznym programie znajdziemy wiele ciekawych propozycji – znalazł się w nim także warciański akcent.

 

fot. Maciej Sobczyk, www.sobczyk.kdr.pl

 

Odkopanie Starego Koryta Warty to projekt, o którym mówi się w Poznaniu od lat. Co nam to da, jakie otworzy perspektywy i co o tym wszystkim myśli Jan Kaczmarek, autor książki „Chwaliszewo. Poznańska Wenecja”? Sprawdźcie sami.

 

 

Niektórym pewnie trudno będzie w to uwierzyć, ale Most Jordana świętuje dziś swoje 5. urodziny. Miasto przygotowało z tej okazji wiele atrakcji.

 

Otwarcie Mostu Jordana w 2007 roku (fot. Maciej Sobczyk, www.sobczyk.kdr.pl)

 

Czy wiesz, że…

Poznańskie Towarzystwo Wioślarzy „Tryton” ukończy niedługo 100 lat? Klub założono 4 kwietnia 1912 roku.

 

Julia Michalska i Magdalena Fularczyk, wychowanki PTW „Tryton" (fot. PTW Tryton)

 

Pamięć żołnierzy Armii Krajowej, którzy w nocy z 20 na 21 lutego 1942 roku podpalili niemieckie magazyny wojskowe nad Wartą, uczczono w środę w Poznaniu. Najpierw w Auli Nova Akademii Muzycznej zaprezentowano część artystyczną, poświęconą polskim konspiratorom, a potem pod pomnikiem uczestników akcji na ul. Estkowskiego – w obecności przedstawicieli władz miasta – złożono wiązanki kwiatów.

 

Obchody rocznicy akcji Bollwerk przy ul. Estkowskiego w Poznaniu (fot. Piotr Skórnicki, Agencja Gazeta)

 

Na jakich wyspach leżał kiedyś Poznań, kto i dlaczego chciał kopać nowe koryto Warty, kim byli Ślepy Antek i Juchta Chwaliszewski oraz co Wenecjanie robili na Wenecjańskiej – opowiada Jan Kaczmarek, autor albumu „Chwaliszewo. Poznańska Wenecja”.

 

Most Chwaliszewski przed II wojną światową (fot. udostępnione przez miki 1001, Epoznan)

 

Maciej Kabsch: Skąd porównanie Chwaliszewa do poznańskiej Wenecji? Czy dlatego, że kiedyś leżało na wyspie? A może wysokie kamienice przy Moście Chwaliszewskim miały nawiązywać do pałaców znad weneckiego Canal Grande?

 

Jan Kaczmarek: Ta nasza dawna Wenecja nie ograniczała się tylko do jednego kanału. Przed wojną całe Chwaliszewo było wyspą na rozlewiskach Warty. Od czasów najdawniejszych było to najbardziej dogodne miejsce do przeprawy przez rzekę. Mieszko I umieścił swoją stolicę na Ostrowie Tumskim. Między tymże Ostrowem Mieszka i Bolesława, a prawym brzegiem Warty, gdzie powstało nowe miasto (dziś nazywane Starym Miastem), leżały jeszcze dwie wyspy. Jedna z nich była nazywana Groblą Kapitulną druga to Czartoria. Obie te wyspy zostały połączone w XIV w. i dały początek miastu Chwaliszewo. Inne wyspy to Ostrówek, oddzielający Śródkę od Ostrowa Tumskiego. Który był najmniejszym miastem dawnej Rzeczypospolitej. Osobną wyspą była także Grobla. Jeszcze pod koniec XIX w. jeden z kanałów Warty przepływał przez dzisiejszą ulicę Mostową. Była to tzw. Warta Zgniła.

 

Nazwy „poznańska Wenecja” wcale nie wymyślono wtedy, gdy nad brzegami zakola Warty wyrosły te wysokie, secesyjne kamienice, których balkony zwisały nad nurtem rzeki. Używano jej już w XV i XVI w., gdy osiedlili się na Chwaliszewie przybysze z Wenecji. Byli to mistrzowie produkcji figurek porcelanowych, które później też tu wykonywali. Właśnie od nich pochodzi nazwa ulicy Wenecjańskiej.

 

Kiedy tak naprawdę utraciliśmy poznańską Wenecję? Po II wojnie światowej, na skutek ignorancji komunistycznych władz? A może do regulacji rzeki w dzisiejszym kształcie dążono już wcześniej?

 

Mówienie, że to wszystko przez komunistów byłoby oczywiście dużym uproszczeniem. Plany regulacji koryta Warty pojawiły się na przełomie XIX i XX w. w czasie zaboru pruskiego. Wybudowano wtedy wzdłuż dzisiejszej ulicy Szyperskiej potężne nadbrzeże portowe. Dziś stoi tam biurowiec, a wcześniej znajdowała się wielka chłodnia. Do poznańskiego portu rzecznego zawijały liczne statki, m.in. ze Szczecina, Berlina czy Hamburga. Przeładowywano rocznie ponad 600 tys. ton towaru, dbano także o regularne pogłębianie rzeki. Port przy Szyperskiej miał jednak istotny mankament, mianowicie nisko zawieszony Most Chwaliszewski. Aby pod nim przepłynąć, trzeba było opuszczać kominy parowców. Znajdujący się na samym środku rzeki filar mostu utrudniał komunikację, a dodatkowo ostry zakręt koryta na Chwaliszewie powodował, że tratwy czy większe barki miały trudności z manewrowaniem. Stąd władze pruskie postanowiły przenieść główną arterię rzeki na nowe koryto Warty, biegnące starym korytem Ulgi. Po realizacji tego projektu, nowy, potężny port rzeczny miał powstać na północnym Ostrowie Tumskim, tam gdzie dzisiaj jest elektrownia.

 

Nowe koryto Warty przy Moście Chrobrego istniało w zarysie już długo wcześniej.

 

Tak, to było stare koryto Ulgi, przez które dawniej płynęła woda. Potem, z powodu zmian stosunków wodnych, wpływała do niego tylko przy wyższych poziomach rzeki. Sam pamiętam, jak w latach 50-tych czy 60-tych, podczas wylewów, koryto ulgi wypełniało się wodą, dzięki czemu na chwilę Chwaliszewo znów stawało się wyspą. Aby w XX w. poprowadzić nim główny nurt rzeki, trzeba było je po prostu pogłębić.

 

Czy zrezygnowano ze starego koryta Warty, aby zabezpieczyć się przed powodzią?

 

Nie, to nie miało najmniejszego wpływu! Proszę sobie wyobrazić, że zasypanie starego koryta Warty spowodowało, że przepływ wody zmniejszył się. Do lat sześćdziesiątych płynął trzema korytami: starym korytem Warty, Ulgi i Cybiny. To było bezpieczniejsze. Kiedy pogłębiano kanał, nie było już problemów powodziowych takich jak do XIX w. Miasto zabezpieczyły dobrze umocnienia poczynione przed I wojną światową. Ostatnia wielka powódź w Poznaniu zdarzyła się w 1924 r., ale wtedy np. woda nie wdarła się już, jak to bywało wcześniej, na Stary Rynek, Chwaliszewo czy Czartorię. Co prawda, wielka woda w 1924 r. zniszczyła stary Most Tumski, ale w ciągu roku w jego miejscu wybudowano nowy noszący do dziś nazwę Bolesława Chrobrego.

 

Prusacy planowali w XIX w. zasypać stare koryto Warty?

 

Nie. Ich projekt przewidywał postawienie na końcu ulicy Czartoria, ówczesnej Damstrasse (ulicy Tamowej) śluzy, dzięki której nurt popłynąłby nowym korytem Warty. Ale stare koryto wraz z portem miało pozostać. Śluza miała służyć temu, aby od czasu do czasu przepłukać ten port. Te projekty niestety, a może „stety”, bo wiązało się to z odzyskaniem przez Polskę w 1918 r. niepodległości, zostały zaniechane.

 

Ale w 1940 r. niemieckie władze okupacyjne przystąpiły do realizacji nowego koryta, właśnie według pruskiej koncepcji z przełomu XIX i XX w. Wyburzyli wtedy część umocnień znajdujących się wokół fortu Radziwiłł na Zagórzu oraz część zachodnich zabudowań Chwaliszewa, stojących tuż przy kanale Ulgi. Zdążyli też zburzyć dwie stare kamienice tuż przy Moście Tumskim oraz dwa budynki stojące przy Moście Chwaliszewskim, od strony Garbar. Niemcy widząc, że nie będą w stanie wygrać wojny, zaniechali dalszych prac przy wodnych projektach w Poznaniu. A sporo ich w czasie okupacji przeprowadzali: wybudowali Jezioro Rusałka, zaczęli budowę Jeziora Maltańskiego…

 

Dawne nabrzeże Warty (fot. udostępnione przez frytta, Epoznan)

 

Dzieła zniszczenia słynnych kamienic nad starym korytem Warty dopełniły ostatnie miesiące wojny.

 

Chwaliszewo w 1945 r. było najbardziej zniszczoną częścią Poznania. Straciło aż 90 proc. budynków. Część domów oczywiście przetrwała, tak jak dawna fabryka cygar, w której się urodziłem. Obok stał piękny spichlerz szachulcowy, niestety rozebrany w 1952–53 r. Nowe budynki powstające później na Chwaliszewie zaburzały już dawną linię zabudowań. Nowe, udające po części dawną architekturę bloki odsuwano od starego koryta rzeki. Wenecja została utracona.

 

Po wojnie powstało kilka koncepcji urbanistycznych dla tego terenu. Część z nich zachowywało wyspę Chwaliszewo i nie ingerowało w Ostrów Tumski. Istniała koncepcja, aby ulicę wylotową do Warszawy, w ciągu dzisiejszej ulicy Wyszyńskiego, poprowadzić wzdłuż istniejącej linii kolejowej przez północny Ostrów Tumski. Zdecydowano się jednak w końcu na realizację koncepcji niemieckiej. Szeroka arteria pobiegła więc przez środek dawnego ogrodu biskupiego. Trzeba było wyburzyć też część starego seminarium duchownego.

 

Ostatecznie też powojenne władze Poznania poszły na najprostsze rozwiązanie i ziemię z pogłębionego nowego koryta Warty wrzucili wraz z gruzem do starego koryta.

 

Co to dało?

 

Chyba tylko oszczędność pieniędzy. Część powojennych projektów przewidywała, aby pozostawić stare koryto odkopane. Byłoby dobrze zabezpieczone przez alternatywne koryta Ulgi i Cybiny. Pamiętajmy, że dzisiejsze przypływy na Warcie są niebezpieczniejsze niż kiedyś z powodu likwidacji portu rzecznego. W czasie jego funkcjonowania koryto było regularnie pogłębiane i konserwowane. Dziś tego się nie robi, czego efektem jest niedawno zauważona, nowa piaskowa wyspa w Poznaniu, niedaleko Szyperskiej.

 

Mówi pan o sobie, że jest ostatnim Chwaliszewiakiem. Ma pan może poczucie, że pana rodzinne miasto zostało bezpowrotnie zniszczone?

 

Tak się składa, że jestem ostatnią osobą, która na Chwaliszewie urodziła się w domu. Wszyscy moi młodsi sąsiedzi rodzili się już w położonych poza dzielnicą szpitalach. Jeśli chodzi o sentyment, można przejść się do starego koryta Warty i zobaczyć, jak ono dzisiaj wygląda. Nie najlepiej. Na szczęście nie stawiano w nim żadnych budynków, zostawiając możliwość ponownego odkopania lub urządzenia parku. Z drugiej strony, jak pan pewnie zauważył, powstał tam tymczasowy pawilon w kształcie rotundy. Tymczasowe rozwiązania potrafią by najtrwalsze…

 

Chwaliszewo jako osobne miasto zniknęło z mapy już ponad 200 lat temu.

 

Tak, cieszyło się prawami miejskimi od 1444 r. do 1801 r., nadanymi z inicjatywy Kapituły Katedralnej. Delegacji kapituły udało się tą sprawę załatwić u króla Władysława Warneńczyka w przeddzień bitwy z Turkami pod Warną, w której ten zginął. Udali się za nim aż na Bałkany. W owym czasie w Polsce z poznańską kapitułą bardzo się liczono. Król przed bitwą chciał mieć po swojej stronie wszystkich sojuszników i zgodził się nadać Chwaliszewu prawo magdeburskie.

 

Do końca XIX w. Chwaliszewo było miastem rzemieślników, m.in. rzeźników i piwowarów. Istniało tu 13 cechów, tyle samo co w Poznaniu. Co więcej, cechy te były wobec adeptów bardziej wymagające niż te w Poznaniu, co przedkładało się na lepszą jakość towarów. Konkurencja między sąsiednimi miastami była tak zaciekła, że magistrat Poznania w XVII w. zabronił nawet kupować swoim mieszkańcom mięso na Chwaliszewie!

 

Świetność Chwaliszewa skończyła się jednak wraz z odebraniem mu praw miejskich przez Prusaków.

 

Dzielnica cierpiała w XIX w. z tego powodu, że znalazła się za murami Twierdzy Poznań, a według prawa, przed twierdzą nie można było budować ani remontować żadnych budynków. Już wcześniej na Chwaliszewie dominowała skromna, parterowa zabudowa. Teraz te budynki zaczęły popadać w ruinę. Padł chwaliszewski ratusz. Z powodu złego stanu technicznego trzeba było rozebrać kościoły św. Barbary i św. Wawrzyńca.

 

Dopiero, gdy pod koniec XIX w. Niemcy zrezygnowali z utrzymywania Twierdzy Poznań, prawo budowlane się zmieniło i na Chwaliszewie zaczęły powstawać secesyjne kamienice. Nie były tak wystawne jak te na Jeżycach czy Łazarzu. Chwaliszewo stało się dzielnicą robotniczą.

 

I okrytą dość złą sławą.

 

Powiedzmy raczej, miała swoją specyfikę. Można było w niej spotkać przysłowiowego Juchtę Chwaliszewskiego. Był to typ romantycznego chuligana. Chłopak z Chwaliszewa, który nie dawał sobie w kaszę dmuchać. Przesiadywał ze swoją eką w licznych w tej dzielnicy knajpach, winiarniach i miodosytniach, np. „U grubego Jasia” przy ul. Piaskowej.

 

Na Chwaliszewie w czasie wojny panował „polski żywioł”, Niemcy się tu nie wprowadzali. Pięciu mieszkańców Chwaliszewa wraz z 12-stoma żołnierzami AK przeprowadziło w 1942 r. brawurową akcję Bolwerk. Podpalono wtedy niemieckie magazyny w porcie rzecznym, niszcząc w zaopatrzenie Wermachtu na front wschodni. Uczestnicy akcji zostali potem wyłapani przez Niemców. Był wśród nich Ślepy Antek, Antoni Gąsiorowski, woźnica z Chwaliszewa. Według relacji pielęgniarki, podczas przesłuchania, mając związane z tyłu ręce, doskoczył do oficera gestapo i przegryzł mu gardło. Z chłopakami z Chwaliszewa nie było żartów.

 

Źródło: Epoznan.pl. Materiał opublikowano 29 września 2011 roku

Życie gospodarcze miasta od samego początku było ściśle związane z Wartą. Z jej walorów korzystał już gród poznański, czerpiąc z rzeki nie tylko wodę pitną, lecz także ryby, lokalizując nad nią młyny, transportując nią drewno i żeglując.

 

W 1253 roku, w chwili ulokowania miasta na lewym brzegu Warty, otrzymało ono prawo do łowienia ryb i budowy młynów. Korzystano z niego, stawiając nad rzeką nie tylko młyny produkujące mąkę, ale też tłuczące dębową korę, wyrabiające kasze, słód, rozbijające nasiona oleiste, folujące sukno, płótno i skóry, tnące drewno, szlifujące metale i szkło, wyrabiające proch strzelniczy, papier, a nawet drążące rury wodociągowe. W wieku XV w Poznaniu młynów było aż 28! Ich pracę wspierały budowane w mieście „gacie”, czyli specjalne groble, mające podnieść poziom wody lub skierować ją do odnóg rzeki. Dzięki temu działały tu też garbarnie, tartaki, farbiarnie i inne tego typu obiekty.

 

Tak intensywne wykorzystanie rzeki nie mogło pozostać bez wpływu na stan jej czystości. Do coraz większego zanieczyszczenia przyczyniały się m.in. działające nad Wartą garbarnie, które na oprawienie jednej skóry potrzebowały tysiąca litrów wody, a w wieku XVI Poznań uchodził za największy w Królestwie Polskim ośrodek handlu tym towarem…  W celu zapobiegania dalszemu pogarszaniu się jakości wód, Rada Miejska podjęła pewne kroki, nakazując garbarzom wywóz nieczystości poza miasto.

 

Rzeka wraz z licznymi odgałęzieniami – odnogami, strumieniami, stawami, kanałami – pełniła też wiele innych funkcji. Chroniła miasto przed pożarami, drewnianymi akweduktami dostarczała wodę gospodarstwom i rzemieślnikom – korzystali z niej płócienniczy, piwowarzy, garncarze. Warta pozwalała też rozwijać się miastu, które z opłat mostowych i ceł na żeglugę czerpało ogromne zyski. Od XIX wieku, aż do końca okresu międzywojennego była również wykorzystywana w jeszcze jeden, ciekawy i niespotykany dziś sposób. Czerpano z niej niezliczone ilości lodu, z których z powodzeniem korzystały browary, hotele, zajazdy, sklepy rzeźnickie i szpitale.

Port rzeczny w Poznaniu

Dziś żegluga na Warcie praktycznie nie istnieje. Kiedyś było jednak zupełnie inaczej, a to za sprawą działającego w mieście portu rzecznego.

 

Dawny port rzeczny w Poznaniu (fot. MOs810, Wikimedia Commons)

 

W latach 1896–1902 z inicjatywy władz Poznania nad Wartą powstał port rzeczny. Już wcześniej w mieście istniało kilka nabrzeży przeładunkowych. To właśnie w miejscu najważniejszego z nich – bulwaru Kleemanna (Kleemannsche Bollwerk), zlokalizowanego przy ulicy Szyperskiej 20, nieopodal mostu Chwaliszewskiego – umiejscowiono nowy port. W celu jego uruchomienia zburzono kilka starych budynków, między innymi działającą od lat knajpę „U Sperlinga”, a miasto wykupiło od Kleemanna teren o powierzchni 57 000 m2.

 

Wysokie nabrzeże o długości 704 m ciągnęło się od wspomnianego bulwaru do mostu kolejowego przy Tamie Garbarskiej. Oparto je na 12-metrowych żelaznych słupach wbitych na głębokość 5 metrów w dno rzeki, której koryto zresztą pogłębiono. Pracowało tu 5 portowych dźwigów o ładowności 1,5 tony, a także 2 żurawie bramowe (elektryczne!) o ładowności 2 ton.

 

Port, zwany „Przeładownią” (Umschlagsstelle) otwarto oficjalnie 1 października 1902 roku. Był on połączony bocznicą kolejową z dworcem Tama Garbska. Towary – przede wszystkim zboża, cukier, mąkę i spirytus – transportowano stąd do Szczecina, Kostrzyna, Gorzowa, Frankfurtu nad Odrą, Berlina i Hamburga. Do portu przywożono zaś wyroby metalowe, ropę naftową, materiały budowlane, ryż, nawozy sztuczne czy pasze. W 1913 roku przeładowano tu najwięcej, bo 220 000 ton towarów, co było nie lada wyczynem.

 

Port podupadł w 1919 roku, po odzyskaniu niepodległości, nie była to jednak sytuacja trwała. Odżył 4 lata później, dzięki podpisanym z Niemcami umowom celnym. W 1924 roku powołano „Żeglugę Wielkopolską”, która razem z największą polską firmą spedycyjną z powodzeniem rozwijała zainteresowanie transportem towarów Wartą. W tych czasach najwięcej przewożono ich do Szczecina i innych niemieckich portów. 120 000 ton przeładowanych towarów w roku 1926 i 300 000 ton węgla przetransportowanego przez Poznań w latach 1926–32 – to tylko niektóre z osiągnięć portu. Zapowiadało się świetnie. Dlaczego dziś jest zupełnie inaczej?

 

Port rzeczny bardzo ucierpiał w czasie II Wojny Światowej – rok 1945 i walki o Poznań przyniósł bardzo duże zniszczenia, po których obiekt nigdy nie został odbudowany. Od tego czasu, siłą rzeczy, żegluga na Warcie zamarła całkowicie.

Kąpiel? Tylko nad Wartą

W okresie międzywojennym nad Wartę ściągały tłumy… plażowiczów. Kąpielisk i atrakcji dla poszukujących letniego orzeźwienia nad wodą Poznaniaków nie brakowało.

 

Po zakończeniu I wojny światowej mieszkańcy miasta mogli skorzystać (co zresztą czynili chętnie) z dwóch bezpłatnych kąpielisk rzecznych – na tzw. Bociance i nad Cybiną, w okolicach Zawad. Najstarsze w mieście, to na Bociance, zlokalizowane było na lewym brzegu Warty – naprzeciwko cegielni ratajskich. Działało już w 1796 roku, a jego nazwa pochodziła od położenia na terenie łąk starorzecza Warty. Sezon kąpielowy, trwający zwykle od połowy maja do września, przyciągał na dużą piaszczysto-trawiastą plażę wielu amatorów wypoczynku nad wodą.

 

Bardziej wybrednym pozostawało korzystanie z trzech płatnych „zakładów kąpieli rzecznej”, którymi były zlokalizowane za dawną Bramą Dębińską łazienki miejskie i łazienki prywatne (należące do Karola Zeidlera), oraz łazienki w Puszczykowie. Kąpiel w nich nie była jednak przyjemnością, z racji na braki zarówno w sprzęcie, jak i w ludziach potrzebnych do oczyszczania basenów. Kres zanieczyszczonym kąpieliskom położyła decyzja o wzniesieniu nad Wartą grobli.

 

O łazienkach jednak nie zapomniano – w 1924 roku rada miasta postanowiła wybudować je w miejscu odległym niespełna 800 m od wcześniejszej lokalizacji. Wiązało się to niestety z koniecznością przeniesienia dawnego kąpieliska na Bociance nieco bliżej Dębiny, a dalej od centrum miasta. Projektantem zmodernizowanych łazienek był Jerzy Tuszowski, a Poznaniacy korzystać mogli z nich już w 1925 roku.

 

Na grobli składającej się z dwóch tarasów połączonych schodami wzniesiono budynek o długości 100 m. W jego murowanej części znalazły się m.in. kasy, bufet, pomieszczenia dla personelu oraz stacja pogotowia ratunkowego, a na piętrze – restauracja. Część drewnianą zapełniło 128 kabin do rozbierania, w jej podziemiach zamieszczono natomiast szatnie dla 2200 osób.

 

Początkowo z łazienek kobiety i mężczyźni korzystać mieli osobno, co uzasadniano zasadą „swój do swego”, tłumaczoną na gwarę kąpielową: „dziad z dziadem, baba z babą!”. Było tak jednak tylko na początku, gdyż kolejne płoty oddzielające część damską od męskiej ginęły w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach. W 1926 roku podjęto decyzję o podzieleniu plaży na kobiecą, męską i familijną, ukracając tym sposobem wcześniejsze niedogodności.

 

Poznaniacy byli nad wyraz zadowoleni ze zmodernizowanych łazienek, pojawiając się tłumnie na piaszczystej plaży nie tylko od święta… Nic dziwnego – przez pewien czas był to najnowocześniejszy tego typu obiekt w całej Polsce.


 
Kategorie
Archiwum